Kamikaze Kaito Jeanne

Rysunek: Arina Tanemura
Scenariusz: Arina Tanemura
Ilość tomów: 7
Gatunek: Magical Girls

Już wiecie o co chodzi – w jednym zdaniu zawarłam sedno sprawy, temat mangi KKJ. Jej szyldem jest niejaka Marron Kusakabe, w cywilu zwykła uczennica, w godzinach pracy – kolejna supergirl. Reinkarnacja… Joanny d’Arc. Brzmi…hmmm… Ach, najlepiej sami oceńcie ;) Uwaga, wszyscy sympatycy KKJ. Ponieważ nie chcę nikogo urazić, uprzedzam, że nie musicie czytać dalej, bo artykuł się Wam raczej nie spodoba XD A jeśli mimo tej uwagi uznacie za słuszne dokończenie lektury mojej pisaniny, to proszę o nie wysyłanie mi masowych spamów… Dziękuję… ;)

Wypada napomknąć nieco więcej o fabule dzieła pani Tanemury.
A więc, jak już pisałam:
Marron żyła sobie spokojnie i w miarę normalnie (czemu „w miarę” napiszę dalej) aż do dnia, w którym przyleciało do niej małe, pierzaste i krzykliwe stworzonko. Okazało się ono być Ziemskim Aniołem (czy też raczej Anielicą) o wdzięcznym imieniu Fynn. Osóbka ta wprowadziła do życia nastolatki mały zamęt, głosząc następujące rewelacje: Marron ma moc od Boga i potrafi wypędzać demony. W tym celu musi zmienić się w Kaito Jeanne- barwnie ustrojoną i obwieszoną świecidełkami postać z krzyżem w ramach logo. Podłe sługi Szatana skrywają się w obrazach i wywołują negatywne przemiany w ich właścicielach.

Zadaniem Jeanne jest wyłapywanie i kolekcjonowanie upiornych stworzeń. Sprzęt do tego celu to krzyż- czujnik oraz coś jakby pinezki (?), którymi rzuca się w płótno, by wydobyć z niego demona. Po uwięzieniu zmory, zmieniają się w figury szachowe, które Marron przechowuje w domu jako zdobycze wojenne. Oczywiście Fynn sekunduje Jeanne w każdej misji.
Ale niemożliwością byłoby, by taki duet istniał tylko jeden… Przecież trzeba mieć wroga albo chociaż konkurencję, choćby po to by mieć kogo częstować tekstami w stylu „Jeszcze się spotkamy” itd. Mamy więc opozycyjny zespół, żeby było bardziej pikantnie – męski. Ktoś uważa, że Kaito Jeanne brzmi cokolwiek głupio? A co powiecie na… Kaito Sindbada? Strój ma równie jaskrawy i bogaty jak Jeanne i te same gadżety, z tym, że w innej gamie kolorystycznej. Ma też swojego unikalnego pomocnika – Czarnego Anioła Acces’a.
Rusza wyścig, w którym stawką są demony. Jeanne posyła Bóg. Pytanie brzmi, kto patronuje Sindbadowi…

Pomyślcie, co takiego jest nieodłącznym elementem Magical Girls? A tak. Miłość, miłość i jeszcze raz miłość. Najlepiej z gatunku, jak ja to nazywam, „pozornie nieszczęśliwych”.
Do bloku Marron wprowadza się Chiaki Nagoya. Superprzystojny i supertajemniczy szybko rozpala niewieście serca i wprowadza romantyczny powiew do mangi. To działa i to nie tylko na pannę Kusakabe. Na urok nowego lokatora łapie się również jej najlepsza przyjaciółka, Miyako. Sprawa więc od początku jest skomplikowana, bo przecież Marron nie chce zranić ni siebie, ni przyjaciółki. A co o tym wszystkim myśli sam zainteresowany? I kim on naprawdę jest? Kogoś przecież przypomina…

Będę szczera. Według mnie ta manga to w dużym stopniu porażka na naszym rynku wydawniczym. Sam pomysł i projekt nie jest może najgorszy ale realizacja…
Fabuła jest bardzo chaotyczna i naiwna, postacie nie zachwycają, w każdym razie nie mnie. Marron to chodząca cnotka, pobożna owieczka, która zapewne w realnym świecie wstąpiłaby w szeregi wiernych pewnego toruńskiego radia. Nic dziwnego więc, że ludzie wokół ją kochają i wielbią. Odskocznią od tego obrazu jest jej nieciekawa i dość niejasna dla mnie sytuacja rodzinna. Państwo Kusakabe od dłuższego czasu przebywają za granicą i niespecjalnie interesują się córką. Zastanawia mnie czy nie jest ryzykownym z punktu prawnego pomysł, w którym nieletnia dziewczyna mieszka samotnie bez żadnych opiekunów prawnych przy sobie, czasem tylko kontrolowana przez sąsiadkę, matkę Miyako. Ale mniejsza, to szczegół na tle reszty.
Mandze szkodzi pewien brak wyważenia elementów komediowych i dramatycznych. Nie wiem w sumie, co tutaj autorka chciała pokazać. Nie rozumiem co śmiesznego jest np. w sytuacji, w której Jeanne próbuje złapać demona, a grupa policjantów zamiast ją ścigać (w końcu wkracza bezprawnie na cudze posesje!) zachowuje się raczej jak jej fanklub. Dosłownie brak im tylko proporczyków… Ale może ja nie mam poczucia humoru…
Czytając KKJ śmiałam się jedynie z rzeczy, które z założenia nie powinny tej wesołości wzbudzać. Na przykład wyznanie uczuć Minazukiego, który na dramatyczną odpowiedź Marron, iż kocha innego reaguje w ten sposób, że szczerzy się promiennie i mówi „Dobrze!”, wzbudziło we mnie coś w rodzaju histerycznego śmiechu…
Mam zastrzeżenia do konstrukcji wydarzeń, która bywa nielogiczna. Często nasuwały mi się myśli typu „A co ONA tutaj robi, skoro jeszcze na poprzedniej stronie była gdzie indziej?”. Rzuca się w oczy pewna niekonsekwentność autorki, czy też może nieuwaga?

Sprawę pogarsza fatalne wydanie polskie. Jest bardzo mało czytelne, w dodatku z kiepściutkim tłumaczeniem. W wielu scenach nie wiadomo kto tak naprawdę, co i do kogo mówi, bo ktoś z ekipy Egmontu miał chyba poważne problemy z rozróżnianiem płci postaci… Chociaż naprawdę trudno mieć o to pretensje w niektórych momentach.
Rysunki bohaterów nie mają za wiele indywidualności. O ile w przypadku dziewcząt jakoś to wygląda (ratują różne fryzury), to panowie są bardzo do siebie podobni i wszyscy „na jedno kopyto”. W kadrach z większym zagęszczeniem postaci naprawdę można się pogubić.
Całość mangi jest bardzo chaotyczna, a w dodatku sama autorka na co drugiej stronie wciska nam mini- komiksy bez kontekstu do KKJ, co tylko rozprasza i wprowadza zamęt.

Czy mogę coś dobrego o tym tytule napisać… Hmmm…. Jest parę dobrych wątków, chociażby historia Fynn. Styl rysowania Tanemury jest ciekawy, chociaż nieco schematyczny.
Nie jest to jeszcze tragedia, chociaż manga prezentuje się kiepsko, oj kiepsko. Całość zamyka się w 7 tomach. Trudno ocenić czy to za dużo, czy za mało. Z jednej strony przy okładce ostatniego tomu poczułam jakby ulgę, że to już koniec. Potem nawiedziła mnie refleksja, że może jakby nieco inaczej to skonstruować i historię o Jeanne bardziej rozłożyć na części, to może byłoby lepiej…

No cóż, tyle ode mnie, recenzentki subiektywnej. Ze swojej strony KKJ raczej nie polecam, bo ani to wrażenia estetyczne, ani rozrywka wysokich lotów. Ostatecznej oceny jednak każdy dokonać może sam. Wybór jak zawsze jest przecież wolny.

Autor recenzji: Annemon

Przykładowa okładka: